Better with time or cherry wine – „Zakazana miłość” (1986) reż. Prince

W 2009 roku Prince wydał potrójny album „Lotusflow3r”, na którym można odnaleźć utwór „Better with time” zadedykowany Kristin Scott-Thomas. Aktorce czas służy, nie da się ukryć. Prince był pod wrażeniem jej uroku, tak jak dwadzieścia lat wcześniej, gdy zatrudnił ją do swojego filmu „Zakazana miłość” (1986), który swoją drogą też jest better with time (lub with wine).

Prince, światowa gwiazda muzyki, miał czas zabawy w kino. Na myśl od razu przychodzi spektakularna rola w „Purple Rain” (1984) Alberta Magnoli, ale artysta posmakował również bycia reżyserem. „Zakazana miłość”, to debiut nie byle jaki – osiem nominacji do Złotych Malin, w tym pięć statuetek. Niezła suma, dzieło ewidentnie docenione, ale czy w rzeczywistości zasługuje na tak surowy osąd? Jedną z niechlebnych nagród otrzymał za scenariusz. Historia miłości między ulicznym cwaniakiem, a dziewczyną z wyższych sfer. Schemat znany i nawet lubiany. Christopher Tracy (Prince) prowadzi pełne beztroski życie w Nicei, uwodząc bogate damy, którym trudno się oprzeć urokowi i zadziornym lokom żigolaka. Jego partner w zbrodni, Tricky (Jerome Benton) znajduje nową ofiarę, młodą dziedziczkę fortuny Mary Sharon (Kristin Scott-Thomas), którą postanawiają wykorzystać dla pieniędzy. Od przyjęcia urodzinowego dziewczyny obserwujemy miłosną grę w kotka i myszkę. Sytuacja, jak zawsze, zaczyna się komplikować, gdy bohater grany przez Prince’a (z żabotem dłuższym niż Côte d’Azur), zaczyna się zakochiwać. Surowy ojciec Mary, rodem z filmu gangsterskiego – Rodzony Ojciec Chrzestny, przeciwny znajomości, przyczynia się do śmierci chłopaka.

Chaos narracyjny i nielogiczny rozwój wątków daje poczucie nieautentyczności. Do tego dochodzą słabe sceny komediowe niczym gagi z początków kina. Jednak w dziele jako całości, kryje się charme, jak to mówią Francuzi. Przede wszystkim zdjęcia Michaela Ballhausa tworzą nietypowy klimat, przynosząc wspomnienie filmów noir. Francuska Riwiera ocieka luksusem, a na przyjęcia wpadałby nawet Jay Gatsby. Każda postać zachwyca kostiumem, a przez utrzymanie obrazu w czerni i bieli, ujęcia zdają się być zatopione w świecie Helmuta Newtona. Przoduje oczywiście główna gwiazda filmu. Czy może być piękniejsza śmierć od tej w białych kozaczkach?

Gra aktorska też pozostawia wiele do życzenia. Scott-Thomas i Prince sprawiają czasem wrażenie, jakby startowali do finału konkursu na największy wytrzeszcz oczu, ale tę egzaltację również można wpisać w koncepcję sztuczności. Znając sylwetkę czy dorobek artystyczny Prince’a, trudno się spodziewać czegoś innego niż blicht i przepych. Muzyk obejrzał kilka klasyków filmowych i wszystko postanowił wrzucić do swojego debiutu. Jest bijatyka, dramatyczna scena na lotnisku (Casablanca?) i miłosna na plaży. Mimo że nie ma historii, która mogłaby nas zaangażować, nikt się tym nie przejmuje i tańczy dalej. Jest to rozrywka, intrygująca wizualnie, mniej treściowo. A co najważniejsze, to zaproszenie na imprezę przy muzyce z albumu „Parade”. Prince tańczący w szpilkach na klapie fortepianu do utworu „Girls & Boys” jest wart przymrużenia oka na wylewający się z ekranu kicz, który również ma wartość sentymentalną lat osiemdziesiątych. Z drinkiem w dłoni można oddać się zabawie, tandetnej przyjemności, przełknąć filmowy harlequin i dać się posypać brokatem. Bez obaw. Jest czarno-biały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *