„Bohemian Rhapsody” (2018) reż. Bryan Singer

Agata Sołtys: Ktokolwiek oczekiwał, że „Bohemian Rhapsody”(2018) będzie biografią od linijki, ten może się zawieść. Reżyser zamiast trzymać się kurczowo faktów, postanowił złożyć hołd zespołowi Queen, a w szczególności jego liderowi, Freddiemu Mercury’emu. Nie oznacza to jednak, że nie odnajdziemy w filmie głębszych treści czy kontrowersji z życia piosenkarza. To nie jest prosta, usłana różami historia „od zera od milionera”. Zawodowe i osobiste przeciwności, z którymi mierzy się bohater, mieszają się ze sobą, tworząc pełne emocji widowisko. Najbardziej poruszający wątek stanowiło dla mnie godzenie się Freddiego z własną orientacją seksualną, co nie było łatwe, ze względu na jego konserwatywną rodzinę.

Magdalena Wilk: Owszem, film miał szansę być błyskotliwą opowieścią o odkrywaniu własnej tożsamości, jednak Bryan Singer zrobił wszystko, aby jego twór przybrał kształt sztampowego biopica. Biografię muzyków potraktował jak pudełko egzotycznych pralinek, z których wybrał te opakowane w najbardziej błyszczące papierki, ledwie posmakował ciekawszych kąsków, a zbyt ostre wyrzucił do kosza. W efekcie dostaliśmy ugrzeczniony (żeby nie powiedzieć nudny) produkt bez wyraźnego adresata. Miłośnicy Queen z pewnością wyłapią wszelkie przeinaczenia, a niedzielni fani mogą pogubić się w chaotycznej narracji, która – w rytmie największych przebojów zespołu – skacze od jednego przełomowego momentu do drugiego.

Agata Sołtys: Ja jednak uważam, że wszystkie biograficzne nieścisłości czy błędy związane z niewłaściwym umiejscowieniem w czasie piosenek (kilka zostało wydanych później niż ukazane to w filmie) schodzą na dalszy plan, gdy obejrzymy perfekcyjnie zrekonstruowany występ zespołu na koncercie Live Aid. W dbałości o szczegóły, energicznej pracy kamery i precyzyjnym montażu widać ogrom pracy włożony w odtworzenie towarzyszących mu emocji…

Magdalena Wilk: …które stały się udziałem publiczności w większości wygenerowanej komputerowo, co niestety widać na dużym ekranie. Zgodzę się jednak, że finałowe widowisko jest całkiem smaczną wisienką na tym nieco mdłym torcie. Duża w tym zasługa muzyki (w końcu to Queen) oraz scenicznej charyzmy Ramiego Maleka, który – mimo groteskowej charakteryzacji i niedostatków fizycznych – niesie na swoich drobnych barkach cały film.

Agata Sołtys: Kreacja Maleka zdecydowanie przyciąga największą uwagę, jednak nie sposób nie wspomnieć o innych aktorach, których gra również stała na wysokim poziomie. Wydaje mi się, że niezwykle ważne w całym filmie były gesty i mimika bohaterów. Jest to szczególnie widoczne w przypadku rodziców Freddiego, którzy wypowiedzieli jedynie kilka zdań, a swoje emocje przekazywali właśnie wyrazem twarzy. 

Magdalena Wilk: Nie oszukujmy się jednak – „Bohemian Rhapsody” to właściwie one man show. Kamera przyklejona jest do lidera Queen, ale reżyser, zamiast poszukać autentycznych źródeł fenomenu Freddiego, woli na siłę wpakować go w ciasne ramy swojej do bólu hollywoodzkiej historii, w której wszystkie relacje są równie sztuczne jak karykaturalna proteza zębów Maleka.

Rozmawiały: Agata Sołtys, Magdalena Wilk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *