„Con Air – Lot skazańców” (1997), reż. Simon West

1997 rok – do kin wchodzi „Titanic” Jamesa Camerona, który wkrótce jako pierwszy film w historii przekroczy granicę miliarda dolarów, a „Zaginiony Świat: Jurassic Park” Stevena Spielberga i „Faceci w czerni” Barry’ego Sonnenfelda pobijają weekendowe rekordy oglądalności w amerykańskich kinach. W cieniu ogromnych sukcesów kasowych tych blockbusterów przemknął „Con Air – Lot skazańców” – film akcji przyjęty dość chłodno przez krytykę, a który w box office’owej batalii przegrał z „Batmanem i Robinem”.

W dniu premiery „Con Air”, film o niesłusznie skazanym żołnierzu, Cameronie (Nicolas Cage), który jako jedyny stoi po stronie dobra na opanowanym przez więźniów transportowym samolocie, spotkał się z licznymi zarzutami krytyków. Najczęściej pojawiające się oskarżenia dotyczyły skupienia się na efektach specjalnych i scenach akcji, zamiast logicznym i wiarygodnym scenariuszu. Według recenzentów skutkiem tego miało być nużenie odbiorcy powtarzalną fabułą oraz stworzenie sztucznych i antypatycznych postaci, o które widz po prostu nie dba.

W zdecydowanej mniejszości znajdowali się obrońcy filmu, chwalący jego szybkie tempo, chwytliwe one-linery i oddanie obsady aktorskiej. W porównaniu do innych filmów Jerry’ego Bruckheimera nie był również zbyt dużym sukcesem kasowym.

Nie da się ukryć, że wiele z powyższych zarzutów można uznać za zasadne, lecz tylko w przypadku zbyt podstawowego odczytania „Con Air”. Debiut Simona Westa należy bowiem do niezwykle elitarnej grupy filmów-paradoksów, które przekuwają swoje wady w zalety, balansując na niezwykle cienkiej granicy pastiszu i powagi. Scott Rosenberg, scenarzysta „Con Air”, wyolbrzymił wewnętrzny absurd zawiązania akcji i wykorzystał go do wytworzenia w filmie atmosfery autoironii i samoświadomości, dodając drugie dno wszystkiemu, co widz ogląda na ekranie. Absurdalny scenariusz i wynikająca z niego estetyka przesady stanowią najmocniejsze punkty „Con Air”, dając pole do popisu jego fantastycznej obsadzie. Cage został ucharakteryzowany na seksownego Jezusa, z pluszowym króliczkiem jako atrybutem. John Malkovich jako główny czarny charakter maluje swą rolę wszystkimi odcieniami przesady. Para agentów, Larkin (John Cusack) i Malloy (Colin Meaney), wypełnia fantastycznie zhiperbolizowaną kliszę dobrego i złego policjanta, zaś Steve Buscemi z lubością wypowiada pretensjonalne sentencje w swojej autystycznej parodii Hannibala Lectera. Ta hipermęska, w dużej mierze także szowinistyczna i homofobiczna – a więc typowa dla kina akcji lat 80. i 90. – zbieranina postaci staje się obiektem żartu w filmie Westa.

„Con Air” spełnia się jako głupiutki film akcji, który można obejrzeć z grupką znajomych przy alkoholu, tak jak odczytała go większość krytyków w 1997 roku, jednak jego potencjał jest dużo większy. Z perspektywy lat o wiele więcej radości daje on jako postmodernistyczny filmowy żart z gatunku. Dualizm debiutu Westa idealnie oddaje recepcja piosenki, „How Do I Live” w wykonaniu Trishy Yearwood, napisanej specjalnie do tego filmu. Otrzymała ona jednocześnie nominację do Oscara i Złotej Maliny, zostając uznaną jednocześnie za jedną z najlepszych, jak i jedną z najgorszych filmowych piosenek roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *