Kino młodzieżowe


MIŁOŚĆ RODEM Z NETFLIXA. KOMEDIE ROMANTYCZNE DLA NOWEGO POKOLENIA

Media od kilku lat donoszą o piętrzących się zbrodniach pokolenia millenialsów: jednego dnia dobijają oni rynek kamieni szlachetnych, drugiego uparcie nie chcą kupować kijów golfowych. Gdyby dać im jeszcze parę lat, z pewnością wzięliby się też za filmy dla nastolatków.

Na szczęście dla branży filmowej millenialsi niepostrzeżenie się zestarzeli, a do gry weszło kolejne pokolenie – Gen Z. Młodzież urodzona po roku 2000 różni się od poprzedników poczuciem humoru, sposobem patrzenia na świat, a także tym, w jaki sposób korzysta z mediów. Naturalne wydaje się zatem, że została ona wzięta na celownik przez platformę Netflix, która w 2018 roku włożyła miliony dolarów w produkcję własnych filmów dla nastoletnich widzów. Wybrane tytuły z oferty streamingowego giganta reprezentują wszystko, co najlepsze i najgorsze w komediach dla młodzieży.

W ciągu ostatniego roku na platformę trafiło wiele filmów skierowanych do młodej widowni, opowiadających o różnych obliczach wchodzenia w dorosłość. Wśród tych, o których było najgłośniej w mediach, znalazły się aż trzy komedie romantyczne („Kissing Booth”, „Do wszystkich chłopców, których kochałam” oraz „Sierra Burgess jest przegrywem”). Przeciwwagę dla nich stanowiły: film o odkrywaniu swojej tożsamości seksualnej („Alex Strangelove”), walce z niesprawiedliwymi standardami piękna (najnowsza w tym zestawieniu” Kluseczka”), a także licealny stoner film („Ziomalki”). Każde z tych dzieł, z różną skutecznością, podejmuje próbę zdiagnozowania problemów młodości, odwołując się do tego, co unikatowe dla Gen Z, i czerpiąc jednocześnie z dokonań poprzednich pokoleń. Choć twórcom wskazanych tytułów nie udaje się uniknąć licznych potknięć, a samym dziełom daleko do kinematograficznych wyżyn, to pozwalają one lepiej zrozumieć dzisiejszą młodzież.

„Do wszystkich chłopców, których kochałam”

Największy sukces przypadł w udziale komedii romantycznej „Do wszystkich chłopców, których kochałam” (reż. Susan Johnson), będącej adaptacją powieści Jenny Han z 2014 roku o tym samym tytule. Filmowi udało się uczynić coś, co w świecie komedii dla nastolatków wcale nie jest łatwą sztuką – zdobył on zarówno serca widzów, jak i przychylność krytyków. Tych pierwszych urzekła prosta, romantyczna historia związku na niby, który przeradza się w prawdziwą młodzieńczą miłość. Ci drudzy docenili wyjątkową w Hollywood decyzję, by zrealizować film, którego główną bohaterką będzie nastolatka o azjatyckich korzeniach. Na dwa tygodnie przed premierą kinowego hitu dla nieco starszych widzów, „Bajecznie bogatych Azjatów”, Netflix przetarł ścieżkę, dając młodzieży Larę Jean Covey (Lana Condor), ironiczną, lecz sympatyczną bohaterkę, której trudno nie polubić. Film stał się także trampoliną do sławy dla partnerującego jej Noah Centineo, który z dnia na dzień stał się obiektem westchnień tysięcy nastolatek. Kluczem do sukcesu była niezbyt skomplikowana fabuła i odejście od zbędnych komplikacji na rzecz wiarygodnych postaci, z którymi mogła utożsamić się młodzież.

„Do wszystkich chłopców…” stanowiło skuteczne antidotum na niesmak, który pozostał po wcześniejszej o kilka miesięcy komedii, „Kissing Booth” (reż. Vince Marcello). Również w tym przypadku postawiono na adaptację popularnej wśród młodzieży powieści, napisanej przez Beth Reekles w wieku piętnastu lat i opublikowanej pierwotnie na Wattpadzie. Zainteresowanie milionów internautów zwróciło uwagę wydawnictwa, a powstanie filmowej adaptacji było jedynie kwestią czasu. Pomysł na jej fabułę był prosty: Elle Evans (Joey King), rozdarta między przyjaźnią a zauroczeniem, ma przed sobą trudny wybór, a czas do zakończenia roku szkolnego płynie nieubłaganie. To, co mogło być historią o dziewczęcej niezależności, stało się niestrawną mieszanką motywów: źle pojęte odrzucenie patriarchatu sprowadza się do bezustannego paradowania w bieliźnie, a despotyczny, brutalny, niezdolny do zmiany chłopak, staje się materiałem na ukochanego. Takich wątpliwych rozwiązań znalazło się w filmie więcej, lecz intensywna kampania reklamowa była zdolna zdziałać cuda. Film, choć znienawidzony przez krytyków, znalazł tysiące fanów, a kolejni młodzi aktorzy zyskali szybką sławę. Jego ważnym elementem były nawiązania do starszych komedii romantycznych, które dla najmłodszych widzów mogły wydać się niezrozumiałe. Dzieło, które samo nie miało wiele do zaoferowania, stanęło na ramionach gigantów gatunku, próbując podeprzeć się cudzym autorytetem – stąd decyzja o obsadzeniu w roli matki jednego z bohaterów Molly Ringwald (muzy Johna Hughesa z lat 80.), wykorzystanie piosenki „Don’t You (Forget About Me)” czy parafraza sceny miłosnego wyznania z „Notting Hill” (1999). Nostalgiczne nawiązania i powtarzanie sprawdzonych chwytów nie ratuje filmu, jednak nieśmiało sugeruje, że młodzież jest zawsze taka sama – czy to w latach 80., czy w roku 2018.

Na tym tle nieco lepiej wypada domykający trio komedii romantycznych film „Sierra Burgess jest przegrywem” (reż. Ian Samuels). Tym razem po pomysł na fabułę sięgnięto jeszcze głębiej w historię literatury – aż do roku 1897, gdy wydano „Cyrano de Bergeraca”.

„Sierra Burgess jest przegrywem” (2018)

Historia brzmi zatem znajomo: tytułowa bohaterka (Shannon Purser, czyli kochana przez fanów Barb z pierwszego sezonu „Stranger Things”, 2016), pożycza twarz i głos popularnej koleżanki, by spróbować szczęścia z wyśnionym chłopakiem (ponownie Noah Centineo, szybko awansujący do roli dyżurnego amanta). Podszywanie się pod kogoś innego w dobie mediów społecznościowych to catfishing, a nie romantyczny gest. Z czasem okazuje się, że udawanie cheerleaderki Veroniki jedynie otwiera listę przewinień Sierry, do których należą również udawanie osoby głuchoniemej i cyberbullying. Chęć poprawy ze strony bohaterki wystarczy, by film zakończył się happy endem. Jednak starszy widz po seansie pozostanie z pytaniem, czy docelowa, nastoletnia publiczność rzeczywiście dostrzeże niewłaściwość zachowania Sierry, czy też, co bardziej prawdopodobne, potraktuje je po prostu jak kolejny gag w śmiesznym filmie.

Przykład trzech powyższych filmów potwierdza, że „najbardziej podobają się nam melodie, które już raz słyszeliśmy”. Konwencjonalne historie czerpiące z powieści, dramatów oraz filmów, które bawiły poprzednie pokolenia, są dla producentów bezpieczną inwestycją, która z pewnością się zwróci. Nic więc dziwnego, że trzy najpopularniejsze młodzieżowe filmy Netflixa z tego roku wpisują się w ten schemat. W 2018 roku na zlecenie platformy powstały jednak również dzieła skierowane do nastoletnich widzów oparte na oryginalnych scenariuszach, które ponadto odchodzą od klasycznej formuły komedii romantycznej.

Jeden z takich filmów, „Alex Strangelove” (reż. Craig Johnson), jest opowieścią o odnajdywaniu swojej tożsamości seksualnej i coming oucie w erze Internetu. Alex Truelove vloguje o licealnym życiu razem ze swoją dziewczyną – do momentu, gdy poznaje Elliota i okazuje się, że może nie jest tak heteroseksualny, jak dotychczas mu się wydawało. Droga do wyjścia z szafy jest dla niego długa i wyboista, lecz kiedy już się na to zdobywa, robi to za pośrednictwem Internetu – tak jak tysiące innych nastolatków każdego roku.

„Alex Strangelove” (2018)

Warto zauważyć, że wyoutowanie za pomocą mediów społecznościowych jest centralnym motywem również w „Twój Simon” (reż. Greg Berlanti), który wziął amerykańskie kina szturmem na początku 2018 roku; „Alex Strangelove” wydaje się swoistą odpowiedzią Netflixa na fenomen wcześniejszego o kilka miesięcy hitu.

Dzięki ugruntowanej pozycji na rynku Netflix może sobie pozwolić na eksperymenty z różnymi odsłonami filmów dla nastolatków. Nawet gdy krytycy zgrzytają zębami, oglądając te dzieła, platforma streamingowa nie musi się martwić o ich popularność wśród publiczności. Łatwy dostęp do tych tytułów, będących zawsze na wyciągnięcie ręki, sprawia, że trafiają one do szerokiego grona odbiorców.

Wraz z wielką publicznością przychodzi wielka odpowiedzialność – twórcy muszą być świadomi wpływu, jaki ich filmy mają na młodych widzów. Prowadzi to do swoistego rozdwojenia, które można dostrzec nie tylko we wspomnianych tu tytułach, ale w ogóle w kinie młodzieżowym ostatnich lat. Z jednej strony filmowcy stawiają na progresywny przekaz, mający nadążyć za pokoleniem dzisiejszych nastolatków, którzy nie znają świata bez Internetu. Stałym elementem krajobrazu stały się zatem media społecznościowe, które często służą nie tylko jako sposób komunikacji między postaciami, ale także jako metoda wprowadzania nowych rozwiązań fabularnych. Również sami bohaterowie ulegają przemianie, a do głosu dochodzą reprezentanci mniejszości – rasowych, seksualnych, a ostatnio także dziewczyny plus size. Z drugiej strony, fabuły tych filmów często są bardzo konwencjonalne, wręcz konserwatywne – wygrywa miłość i przyjaźń, nagłe zwroty akcji nie mają miejsca, a bohaterowie grzecznie trzymają się wyznaczonych zasad. Choć John Hughes pozostaje duchowym ojcem komedii dla nastolatków, na którego współcześni twórcy chętnie się powołują, to najnowszym produkcjom brakuje niepokorności i buntowniczego ducha, jakie charakteryzowały młodzieżowe hity lat 80. Spomiędzy tych dwóch kategorii – progresywności i bezpiecznych konwencji – wyłania się obraz nowego pokolenia. Nastolatkowie z Gen Z wydają się bardziej otwarci na różnorodność otaczającego ich świata, lecz w głębi duszy marzą o tym, czego pragnęły też poprzednie pokolenia – o akceptacji i zrozumieniu, przyjaźni i zwykłej młodzieńczej miłości.