Krajobraz po Bergmanie

Przypadająca w tym roku setna rocznica urodzin Ingmara Bergmana wydaje się doskonałą okazją do spojrzenia na współczesne kino szwedzkie w kontekście jego twórczości. Nieodparcie nasuwa się pytanie o możliwość doszukania się w obecnym krajobrazie kinematograficznym Szwecji elementów poetyki bergmanowskiej. Czy znajdziemy jednoznaczną odpowiedź?

Bergman za życia wzbudzał bezkrytyczny podziw na całym świecie. Wystarczy wspomnieć chociażby pamiętny wywiad ze Szwedem przeprowadzony w 1971 roku przez amerykańskiego dziennikarza Dicka Cavetta. Obecność tak znaczącej persony w studiu telewizyjnym wpłynęła silnie na prowadzącego, który przybrał rolę uniżonego admiratora. Nie dziwi więc, iż w rodzimej Szwecji Bergman uznany został za władcę kinematografii. Inni reżyserzy, tworzący w tym samym czasie, musieli zadowolić się pozycją dworzan w królestwie niepodzielnie panującego Bergmana. Jak w chwili obecnej prezentuje się filmowy dwór szwedzki?

Bezkrólewie

Z całą pewnością można stwierdzić, że na tronie aktualnie nikt nie zasiada. Nie oznacza to jednak, że szwedzkie kino zamilkło. Wręcz przeciwnie. Główne nagrody dla filmów Roya Anderssona i Rubena Östlunda na festiwalach w Wenecji i Cannes pokazały, że kinematografia w ojczyźnie Bergmana nadal ma się dobrze. Urodzony w 1943 roku Andersson tworzył, co prawda, już w latach 60., ale to film „Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu” (2014) jest najprawdopodobniej szczytowym osiągnięciem reżysera. Poważnym pretendentem do tronu jest również młodszy od Anderssona o trzydzieści lat Östlund, którego filmy odbiegają od twórczości starszego kolegi. W gronie wyróżniających się reżyserów-autorów należy też umieścić Lukasa Moodyssona, który, podobnie jak wymieniona wyżej dwójka, sam odpowiada za scenariusze do swoich filmów.

Warto zaznaczyć, że oprócz kina autorskiego w przeciągu ostatnich lat dały o sobie znać adaptacje szwedzkich bestsellerów, sięgające po schematy gatunkowe. Swego czasu głośno było o ekranizacjach trylogii „Millenium” Stiega Larssona (szczególnie pierwszej części). Zarówno pierwowzory literackie, jak i ich filmowe wersje wpisują się w nurt nordic noir, charakterystyczny dla całej Skandynawii. Nagród i nominacji doczekały się również utrzymane w komediowym stylu filmy: „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” (2013, reż. Felix Hengren) oraz „Mężczyzna imieniem Ove” (2015, reż. Hannes Holm).

„Mężczyzna imieniem Ove” (2015)

Co ciekawe, ostatnia pozycja nie jest koprodukcją. Fakt ten koresponduje idealnie z treścią samego filmu, który może być odczytany jako opowieść o samych Szwedach wraz z ich przyzwyczajeniami i mentalnością. Znamienne jest, że współczesne kino szwedzkie (ale także duńskie, czy norweskie) bardzo często powstaje w systemie finansowania międzynarodowego (nie tylko w obrębie samej Skandynawii). Obsada rodem z krajów sąsiednich też nie jest rzadkim zjawiskiem. Żyjemy w czasach, gdy już samo zdefiniowanie kina narodowego nastręcza pewnych trudności. Przyjmijmy jednak, że kluczową rolę pełni pochodzenie reżysera oraz preferowany przez niego język realizacji filmu, a także miejsce, w którym została osadzona akcja.

Wróćmy zatem do pytania o ewentualne związki współczesnego kina szwedzkiego z tym, co zaproponował Bergman. Jako, że krajobraz tego kina jest dość rozległy, proponuję skupić się na reżyserach wpisujących się w tradycję autorską. W tym sensie są oni bezsprzecznie następcami twórcy Siódmej pieczęci (1957).

Teraźniejszość pod okiem kamery

Rzucającą się w oczy cechą szwedzkich filmów powstających w ostatnich latach jest skłonność do komentowania otaczającej nas rzeczywistości. Przyjrzyjmy się na początek filmom Östlunda. Jego pełnometrażowy dorobek dotyka problemów tzw. Pierwszego Świata. „Gra” (2011) łączy w sobie zagadnienia dotyczące imigrantów, rasizmu i krzywd, jakich młody człowiek może doznać ze strony rówieśników. Reżyser jest bezkompromisowy – za nic ma wszechobecną poprawność polityczną i wyraźnie sygnalizuje, że idealny zachodni świat nie jest wcale rajem, ale miejscem, gdzie patologiczne zachowania się bagatelizuje. „Turysta” (2014) rozprawia się z mitem dobrobytu, który ma być gwarantem szczęścia i spełnienia w dzisiejszych czasach. „The Square” (2017) jest pytaniem o granice sztuki oraz wszechpotężną rolę mediów. Filmy te sprawiają, że Östlund jawi się nam jako diagnosta społeczny, krytycznie przyglądający się czasom, w którym przyszło mu żyć.

Andersson z kolei jest mistrzem w ukazywaniu zmagań zwykłych ludzi z szarą codziennością. Trylogia ludzka („Pieśni z drugiego piętra”, 2000, „Do ciebie, człowieku”, 2007, „Gołąb…”, 2014) ukazuje bolączki, z którymi zmagamy się każdego dnia. Bezrobocie, walka o byt, śmierć oraz niespełnienie w sferze uczuciowej są w filmach Anderssona powszechnym doświadczeniem, dotykającym każdego.

Kino Moodyssona, począwszy od głośnego debiutu, porusza konkretne problemy, będące znakami czasów, w których przyszło nam żyć. „Fucking Åmål” (1998), wprowadza widza w świat nastolatków mieszkających w zaściankowym miasteczku. Młodzi ludzie muszą zmierzyć się z określeniem własnej seksualności, co jest szczególnie trudne z uwagi na presję otoczenia.

„Fucking Åmål” (1998)

Moodysson jest konsekwentny w naświetlaniu dolegliwości teraźniejszego świata, o czym świadczy ostatni film, który wyszedł spod jego ręki. Wydarzenia w We are the best!” (2013) mają miejsce co prawda na początku lat 80., ale kwestie feministyczne poruszone w filmie wydają się być nadal aktualne.

Widać więc wyraźnie, że współczesna twórczość szwedzkich reżyserów-autorów zakotwiczona jest w teraźniejszości. Czyżby oznaczało to zerwanie ze spuścizną po Bergmanie, który akcję swoich fabuł nierzadko umieszczał w przeszłości, czasami bardzo odległej? Prawdą jest, że Bergman skupiał się raczej na kwestiach uniwersalnych, mogących dotyczyć każdego czasu i miejsca. Do takiej formuły kina najbliżej twórczości Anderssona, która, z uwagi na absurd, groteskę i tendencje surrealistyczne na pierwszy rzut oka od bergmanowskiej poetyki odbiega. Czy w takim razie Östlund i Moodysson, komentujący konkretne problemy, dotyczące określonych czasów, zrywają więzy z wielkim poprzednikiem? Przecież on sam okazał się świetnym diagnostą społecznym, realizując serial „Sceny z życia małżeńskiego” (1973), którego akcja osadzona jest we współczesnej, dobrze prosperującej Szwecji – kraju, gdzie dobrobyt ma wymazać wszelką boleść ludzką. Do ówczesnej mu rzeczywistości odnosi się też Bergman w „Hańbie” (1968). Zaprezentowane tam wydarzenia niewątpliwie inspirowane były tematem wojny w Wietnamie, często poruszanym przez szwedzkie media. Współcześni reżyserzy-autorzy kontynuują zatem bergmanowską tendencję do wypowiadania się na temat aktualnych problemów, mniej lub bardziej skonkretyzowanych.

Labirynt relacji międzyludzkich

Czy oprócz skłonności do komentowania rzeczywistości istnieje jeszcze jakiś pomost między twórczością współczesnych twórców a dorobkiem Bergmana? Wspólnym mianownikiem są z całą pewnością relacje międzyludzkie. Zmarły w 2007 roku reżyser wsławił się maestrią obrazowania zawiłości tych związków. Współczesne kino autorskie podąża tą samą ścieżką lub kroczy nią przynajmniej chwilami.

Ze ścieżki tej nie zbacza na ogół kino Moodyssona. Egzystencja wśród innych ludzi z reguły implikuje cierpienie. Zrozumienie ze strony drugiego człowieka jest szczególnie trudne do uzyskania. Reżyser w centrum umieszcza zwykle dwójkę ludzi lub małą grupkę, by pokazać zbawienny lub destrukcyjny wpływ relacji panujących między nimi. Roy Andersson również zwraca uwagę na brak porozumienia dotykający rasę ludzką. Przykładem może być jedna z bohaterek filmu „Do ciebie, człowieku”, która głośno uskarża się na brak zainteresowania ze strony innych. Znamienne, że Bergman bardzo często w centrum swoich fabuł sytuował kobietę, której najbliżsi (z reguły mężczyźni) nie próbowali nawet wczuć się w jej położenie. Ruben Östlund najpełniej wykorzystał zawiłość relacji międzyludzkich w „Turyście”. Jedno wydarzenie, pozornie niemające dalekosiężnych konsekwencji, potrafiło zburzyć sielankę panującą w rodzinie młodych, zamożnych ludzi. Wydaje się, że pobrzmiewające w filmie echa bergmanowskiego obrazu małżeńskiego życia nie są w tym wypadku jedynie wytworem wyobraźni.

„Turysta” (2014)

Odpowiedź na pytanie o wpływ twórczości Bergmana na współczesnych reżyserów nie jest jednoznaczna. Z całą pewnością autorzy filmowi obrali swoje własne drogi i stworzyli poetyki sygnowane ich nazwiskami. Kusi jednak stwierdzenie, że Östlund, Andersson i Moodysson chadzają ścieżkami Bergmana nieprzypadkowo. A może to naturalna predylekcja reżyserów urodzonych w Szwecji do diagnozowania społeczeństwa i zgłębiania wrażliwości duszy ludzkiej?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *