„Narodziny gwiazdy” (2018) reż. Bradley Cooper

Wraz z Dorotą bierzemy pod lupę reżyserski debiut Bradleya Coopera. „Narodziny gwiazdy” wywołały poruszenie, gdy okazało się, że rola głównej bohaterki została powierzona nikomu innemu, jak Lady Gadze. Nie jest to, co prawda, ekranowy debiut artystki, ale chyba po raz pierwszy Gaga, znana przede wszystkim ze swoich ekstrawaganckich scenicznych kreacji, miała szansę zaprezentować się w głównej roli. Pod znakiem zapytania był też Cooper, który wziął na siebie reżyserię, scenariusz oraz rolę męskiego protagonisty. Czy udało się stworzyć coś, co uzasadnia medialny szum wokół tego dzieła? Odpowiadamy.

Monika Pietras: Chyba nas obie zwabił do kina trailer zapowiadający film, w którym Bradley jest gwiazdą rocka, a Gaga po pierwsze gra, a po drugie jest właśnie tytułową dopiero rodzącą się gwiazdą. Na film szłyśmy jednak z obawą.

Dorota Żak: Bardziej niż zwiastun, do kina zwabiły mnie pozytywne opinie znajomych polecających przede wszystkim muzykę, więc właściwie nie podzielałam obaw, bo szłam na film bez konkretnych oczekiwań (chyba że liczymy muzyczne). I zostałam pozytywnie zaskoczona.

Monika Pietras: Rozpędziłam się. W takim razie ja szłam z obawą. Obawiałam się schematu fabularnego zazdrosnego gwiazdora, którego gwiazda zaczęła jednak gasnąć, podczas gdy młode dziewczę święci triumfy. Z czym wiązałby się toksyczny związek, próba zawłaszczenia sławy i wszystkie inne nieprzyjemne i oklepane motywy. Na szczęście scenariusz nie idzie w tę stronę. Jackson Maine jest tu chyba najbardziej pozytywną postacią. Moje serce podbił od pierwszych minut filmu.

Dorota Żak: Wprowadza dodatkowo wątek muzyka, który stopniowo traci słuch, czyli najbardziej dla niego istotny zmysł. Pokazywanie tego rodzaju niepełnosprawności w kinie jest raczej rzadkie, dlatego plusy dla twórców za tę próbę. Z drugiej strony mogli rozwinąć ten wątek nieco bardziej, nie zostawiając go na poboczu całej historii.

Monika Pietras: Ten wątek był bardzo zaniedbany. Na początku myślimy, że to będzie główna wolta filmu – muzyk, który nie może już dłużej się muzycznie realizować. Tymczasem motyw problemów ze słuchem kilkakrotnie pojawia się i znika, nie mając absolutnie żadnego znaczenia dla fabuły. Im dłużej jestem po seansie i pozwalam łzom obeschnąć, tym bardziej widzę pewne fabularne niekonsekwencje. Co powiesz na przykład o tym, jak została zbudowana postać Ally?

Dorota Żak: Bardzo niespójnie, moim zdaniem. Kiedy ją poznajemy, jest pewną siebie, asertywną kobietą u progu kariery, jednak później te cechy jakoś się rozmywają. W trakcie współpracy z producentem zachowuje się jak listek na wodzie popychany przez prąd i właściwie nigdy nie dowiadujemy się, co myśli na temat swoich nowych piosenek i stylizacji. Nie pojawia się z jej strony żadna refleksja, czy była szczęśliwsza przy nagrywaniu piosenek w naturalny i autentyczny sposób, czy lepiej czuje się jako popkulturowy “produkt” w świetle fleszy. Aż by się prosiło o pogłębiony komentarz związany ze współczesnym środowiskiem muzycznym.

Monika Pietras: No właśnie, tu pojawia się, lepiej lub gorzej wykorzystany, element intertekstualnej gry z widzem. Nie śledzę zbyt uważnie kariery Lady Gagi, ale zdecydowanie łatwiej możemy zestawić z nią Ally po metamorfozie, niż przed. Jakby nie było, popowy przemysł muzyczny został tu dość wyraźnie skrytykowany. Było dla mnie interesujące, jak odnajduje się tu Stefani Germanotta, z którą Ally utożsamia się bardziej, i czy jakaś szpila została wbita. Warto chyba też w tym momencie nadmienić, że „Narodziny gwiazdy”to już czwarty remake tego samego pomysłu. Oryginalny film powstał w 1937 roku. Wtedy były to narodziny gwiazdy filmowej, w kolejnej produkcji szliśmy już w stronę muzyki – mieliśmy aktorkę musicalową, następnie, w latach 70. gwiazdę rocka, aż doszliśmy do popu. Każde czasy miały swoje Narodziny gwiazdy. I zawsze główną rolę odgrywały artystki u szczytu kariery.

Dorota Żak: Czyli prawie cały czas obracamy się w środowisku muzycznym. I tutaj wypada przejść do, wydaje się, serca filmu, czyli piosenek. Lady Gaga śpiewająca między innymi utwór „La vie en rose” – wykonywany przecież przez genialną Edith Piaf – pokazuje swój prawdziwy talent, a to przecież tylko początek filmu.

Monika Pietras: Tak, chyba możemy przestać wymieniać mankamenty, które w niewielkim stopniu przeszkadzają w seansie i powiedzieć, co jest w tym filmie ujmującego. Byłam zdobyta właściwie od pierwszego ujęcia z backstage’u, więc od samego początku filmu. Sceny koncertowe są nakręcone w taki sposób, że siedząc w kinie, ma się nieodparte wrażenie sceny. Czułam takie wzruszenie, jakbym rzeczywiście brała udział w jakimś niesamowitym wydarzeniu muzycznym. Do tego umiejętności Bradleya Coopera dalece przerosły moje oczekiwania. Szczerze mówiąc, dużo bardziej wolałam jego występy od Gagi. I to nie tylko ze względu na walory pozamuzyczne.

Dorota Żak: Zgodzę się, w warstwie muzycznej film sprawdza się bardzo dobrze, choć odbiór piosenek zależy mocno od gustu. Łączy się za to ładnie z warstwą fabularną. Jest ona prościutka, to trzeba przyznać, ale nie każdy film musi mieć wielopoziomową intrygę, czasami przyda się też jakaś lekka opowieść. Nie znajdziemy tu więc wielu zaskoczeń i plot twistów, a po prostu historię pewnego związku dwóch artystycznych dusz.

Monika Pietras: Wydaje mi się, że urok tego filmu polega na jego prostocie. Pewne wątki zostały bajkowo uproszczone, postaci odpowiednio przykrojone do ról Kopciuszka, Księcia i demonicznego czarnoksiężnika-producenta, ale nie ma tu rażącej naiwności. Prostota funduje emocjonalną siłę dzieła. Gdy po zakończonym seansie zapaliły się światła, cała sala tonęła we łzach. O wielu rzeczach tutaj nie zdążyłyśmy powiedzieć, jak na przykład o tym, w jaki sposób film pokazuje alkoholizm i jak bardzo współcześnie jest napisana postać męskiego protagonisty, ale jeśli miałabym wskazać jeden powód, dla którego warto pójść na „Narodziny gwiazdy”, to byłaby to niewiarygodna sceniczna chemia między Bradleyem i Gagą. Plus muzyka.


Dorota Żak: Muzyka, chemia między bohaterami i kilka ciekawych pomysłów – to na pewno działa na korzyść filmu. A na niedociągnięcia można przymknąć oko, nucąc Shallow.

Rozmawiały: Monika Pietras, Dorota Żak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *