O rozczochranych włosach i przemocy bez upiększeń: „The Rover” (2014) Davida Michôda

David Michôd zadebiutował w 2010 roku „Królestwem zwierząt” – przejmującą historią zagubionego chłopaka i jego bandyckiej rodziny – które podbiło serca krytyków. Jego kolejne dzieło, „The Rover”, nie spotkało się już z tak aprobatywnym przyjęciem recenzentów i publiczności. W Polsce film miał jeszcze bardziej pod górkę – nie doczekawszy się kinowej premiery, praktycznie utracił szansę na zdobycie uznania widowni.

Trudno docenić coś, czego się nie zna. Jeszcze trudniej nie złapać się za głowę, czytając większość recenzji „The Rover” – zarówno tych (nielicznych) polskich, jak i zagranicznych. Zdają się one należeć do tej samej osoby, tylko lekko parafrazującej swój tekst. Czytamy w nich o brutalnej, niebezpiecznej wizji postapokaliptycznej rzeczywistości Michôda, bliżej nieokreślonym w filmie źródle owej „apokalipsy”, podobieństwach do „Mad Maxa” (1979) George’a Millera, nawiązaniach do westernu, temacie zemsty i że jest nieźle, ale „Królestwo zwierząt” było lepsze. Właściwie jedynym atutem filmu, jaki zostaje słusznie podkreślony w wielu recenzjach, jest imponująca rola Roberta Pattinsona, która stoi w sprzeczności z jego powszechnie znanym wizerunkiem romantycznego, zakochanego pięknisia z wampirzymi zębami.

W centrum akcji filmu znajduje się tajemniczy bohater imieniem Eric (Guy Pearce), który usiłuje odzyskać swoje auto skradzione przez trójkę bandytów. W wyprawie pomaga mu Rey (Robert Pattinson) – brat jednego z rabusiów, porzucony przez nich w trakcie ostatniego napadu. Podczas podróży przez postapokaliptyczną Australię do ich relacji opartej na współzależności i strachu zaczynają wdzierać się pozytywne emocje.

Opisywanie  świata bezprawia i degeneracji nie ma w przypadku „The Rover” sensu. Wniosek, iż w parze z rozpadem świata idzie rozpad wartości i dewaluacja życia, można wysnuć z większości  tego typu produkcji, jak chociażby „Drogi” (2009, reż. John Hillcoat), „Księgi ocalenia” (2010, reż. Albert Hughes, Allen Hughes) czy wspomnianego już Mad Maxa. Znacznie istotniejsze wydaje się podkreślenie tego, co film Michôda naprawdę wyróżnia, jak choćby jego estetyczne dopracowanie. To nie zasady rządzące światem po „apokalipsie”, ale jego sugestywny, fizyczny wizerunek zapadają tu w pamięć – spocone twarze uciekających z miejsca zbrodni złodziei, umorusane i przypadkowo dobrane ubrania bohaterów, ich nieatrakcyjne, często wychudzone sylwetki oraz niechlujne fryzury. Miejsca akcji – ciemne i zaniedbane domy, obskurne knajpy i pokryte piachem pojazdy – także pomagają uwierzyć w to, iż faktycznie mamy do czynienia ze światem po „zapaści”.

Niepospolicie ukazuje się tu także przemoc – prosto, surowo, bez pudrowania drastycznych wydarzeń. Choć w filmie pada sporo trupów, a bohaterowie często sięgają po broń palną, strzelaniny polegają głównie na konfrontacji typu „jeden strzela, drugi pada”. Podobnie jak w „Królestwie zwierząt” nie są one sztucznie przedłużane i efektownie zmontowane, za to wydają się niezbędnym, napędzającym bieg akcji składnikiem scenariusza. Czasem nasza uwaga zostaje celowo skierowana na element sceny, który wydaje się najmniej interesujący, wyrywając nas z odbiorczych przyzwyczajeń i dając nietypowy ogląd sytuacji.

Dlatego pora, aby w końcu odkryto film Michôda, nie traktując go jako kolejny pesymistyczny portret świata zdezelowanego przez wojnę atomową, inwazję zombie lub innego rodzaju kataklizm. „The Rover” to skuteczna odtrutka na filmy traktujące przemoc jako podstawę do stworzenia spektaklu, uprzyjemniające seans atrakcyjnymi aktorami i uroczymi sceneriami. Zamiast nich otrzymujemy dzieło, które nie tylko zaskakuje i działa na wyobraźnię, ale niesie ze sobą potężny ładunek emocjonalny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *