Pod mocnym ogórem – „Narodziny gwiazdy” (1976) reż. Frank Pierson

„Barbra Streisand jest osobą adorującą tylko i wyłącznie Barbrę Streisand. Robi z siebie nowe bóstwo, mając nos, jak ogórek” – ćwiartował Zygmunt Kałużyński w „Perłach z lamusa”. Nawet jej „nosiciele” dmuchali, że trzeciej odsłonie „Narodzin gwiazdy” (1976, reż. Frank Pierson) wybacza się tylko wtedy, gdy Barbra refunduje mezzosopran, przemalować zdolny Kaplicę Sykstyńską.

Narzekano, że chemia między kochankami żadna. Że historyjka głośna, lecz pozbawiona logiki. Że Kristofferson niezły jako szaławiła, ale ginący w „Gwiezdnych wojnach” producentki i wykonawczyni, która szarżowała w stronę widza z ogórkiem na sztandarze. „Co ją opętało, żeby kręcić ten film?” – szlochał Roger Ebert na łamach „Chicago Sun-Times”. Na ratunek przybyło napędzane miłością własną Hollywood. Obraz zgarnął 5 Złotych Globów i Oscara za najlepszą piosenkę. Koktajl to jednak zdradliwy. Lata później powinszowano też „Artyście” (2011, reż. Michel Hazanavicius); opuścił imprezę szybko i pod rękę z „Narodzinami gwiazdy”. Jazzman z „La La Land” (2016, reż. Damien Chazelle) miał rację – „L.A. to miejsce, gdzie kocha się wszystko i nie ceni niczego”.

Wcześniej film utknął między kabaretami Boba Fossa a gorączką Johna Travolty. Dziś łapie opaleniznę w blasku reinterpretacji z roku 2018 (reż. Bradley Cooper). Miejscami przefajnowana, lecz poruszająca wersja różni się od poprzedniczki; jest opowieścią o śmierci gwiazdy, a nie jej narodzinach, wybrzmiewa nastrojem elegii. Finał z 1976 r. zrodził za to profesjonalną diwę, nokautując 8-minutowym ujęciem twarzy wykonującej „With One More Look at You/Watch Closely Now” – autonomicznej przypowieści, w której Streisand wybucha najpierw żalem i tęsknotą, a później wdzięcznością i siłą.

To historia o niej, o gwieździe; swojskiej i cudacznej, bystrej i nieśmiałej i, wreszcie, zakochanej na zabój. Melodramat inscenizowany jest w przestrzeni pościelowej, gdzie dwoje muzyków dostraja wspólne brzmienie. Wierzy się mu zarówno wtedy, kiedy spacerują po fortepianie, jak i wtedy, gdy uprawiają błotne zapasy. „Brak chemii” pomylony został chyba z osobnością, będącą głównym źródłem dramatu. Bohaterowie nie są w stanie osiągnąć porozumienia na poziomie gwarantującym wzajemne ocalenie.

„Narodziny gwiazdy” zaczynają się i kończą występem wielkiego artysty; pierw Johna Normana Howarda, później Esther Hoffman-Howard. W obu tych sekwencjach śpiewa człowiek samotny i poobijany. Persona Streisand to zaś moc, nie brzemię tego filmu. Przypomniała o tym Lady Gaga – nudniejsza i aktorsko, i wokalnie; z nosem ubóstwianym przez Coopera od pierwszej wspólnej sceny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *