Suche pragnienia – „Oni” (2018) reż. Paolo Sorrentino

Julia Smoleń: Paolo Sorrentino, przez niektórych uważany za Jana Sebastiana Bacha kina, podobnie jak mistrz baroku potrafi uwodzić układanką plastycznych obrazów i transowych melodii. Jednak z podobną łatwością można obnażyć chwyty reżysera. W końcu wszystkie preludia i fugi z „Das Wohtltemperierte Klavier” oparte są na tym samym schemacie. „Oni” wydają się, w tym kontekście, zwyczajnie przewidywalni. Sorrentino, opowiadając o Berlusconim, nie tworzy klasycznego biopicu. Polityk jest pretekstem do opowiedzenia historii o ludzkich pragnieniach. Niewiele tutaj faktów i anegdotek; ci, którzy oczekiwali politycznego portretu, z pewnością będą rozczarowani. Dla mnie stanowi to akurat ogromny plus filmu. Autor „Wielkiego piękna” (2013) tworzy uniwersalną opowieść, która nie skupia się jedynie na głównym bohaterze, ale traktuje również o społeczeństwie i toczącej go gorączce. Społeczeństwie, które do Berlusconiego, albo raczej do wyobrażenia na jego temat, chce się zbliżyć jak najbardziej. Muzyka gra tak głośno jak w „Wielkim pięknie”, przypominając jednocześnie imprezy znane z „Wilka z Wallstreet” lub bali u Gatsby’ego.

Zofia Wierzcholska: Bo „Oni” to przede wszystkim opowieść o tym, jak włoskie społeczeństwo jest zepsute; pragnie żyć ponad stan, by zrealizować plastikowy sen o bogactwie. Sorrentino stawia diagnozę–paradoks; Włosi sami ulepili polityka–celebrytę na miarę własnych skrzywionych oczekiwań. Reżyser z pomocą rewelacyjnego odtwórcy głównej roli – Toniego Servillo, śmieje się w twarz widzom, bezczelnie pokazując ich największe perwersyjne fantazje. Dwór oddanych pochlebców tańczący wokół premiera, tylko podkreśla jak zakłamani są właśnie „Oni” –  włoska elita.

Julia Smoleń:Sorrentino jak nikt umie oddać melancholię imprezy. W teledyskowych ujęciach, bez słów i podpowiedzi, potrafi obudzić delikatną tęsknotę, blady smutek, dawne marzenia. Emocje przebudzają się powoli i nie są doprowadzane do punktu kulminacyjnego. Nienasycenie. A impreza szaleje dalej. Wytworzenie kontrastu pomiędzy tym, co można poczuć, a oglądanym, wciąż wirującym obrazem jest najcenniejszą umiejętnością reżysera.

Zofia Wierzcholska: Ponowne poruszanie motywu starości, w obliczu próby przeniesienia portretu Berlusconiego na ekran, było nieodzowne. W tłumie jędrnych, wijących się w rytm ekstatycznej muzyki, ciał widać zachwyt nad ulotnością wigoru. Nic dziwnego, wszak kontrowersyjny celebryta stał się symbolem rozpaczliwego chwytania się ostatniej szansy, by zatrzymać uciekający czas.

Zestawienie teatralności z teledyskiem to znak szczególny Sorrentino, którego będę do końca bronić. Barokowość i zgrzyty estetyczne są, w moim odczuciu, celowe – podkreślają szaleństwo i zepsucie, zarówno w scenach śpiewu, jak i nienaturalnych monologów.

Cały ten cyrk oblany złotem, kiczowaty pean na cześć młodości jest tak naprawdę tylko fasadą tragicznej prawdy o kaście bogów, do której wstęp otrzymają tylko nieliczni. Koniec końców okaże się, że w momencie walki z prawdziwym żywiołem  szansę otrzyma nie Premier – Słońce, a jedynie zwykły obywatel.

Rozmawiały: Julia Smoleń, Zofia Wierzcholska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *