Tetsuya Nakashima i japońska Kraina Koszmarów

Down, down, down. Would the fall NEVER come to an end! `I wonder how many miles I’ve fallen by this time?

Kino Nakashimy to niewątpliwie lekcje nauki spadania. Ów artysta wciąż słabo rozpoznawalny poza samą Japonią, jawi się jako niezwykle oryginalny twórca. Nieustannie konfrontuje on widzów z bohaterami osiągającymi psychofizyczne ekstremum w związku z problemami, które w sposób bezlitosny pozbawiają ich zdrowego rozsądku, czyniąc każde „lądowanie” śmiertelnym. Hiperbolizacja cierpienia występuje jednak u Nakashimy nie bez przyczyny – jego filmy stanowią serię manifestów, odnoszących się do kondycji japońskiego społeczeństwa, cywilizacji z pozoru doskonałej pod każdym względem, a w zasadzie wątłej struktury, utkanej ze skrajnej samotności i chorób psychicznych Japończyków, którym stan postmortem wydaje się być jedynym osiągalnym sukcesem w zasięgu ich możliwości.

Nakashima nie pozostaje obojętny wobec fatalnych narodowych tendencji i bierze na warsztat umysłowe fantazje nieszczęśliwych freaków, sfiksowanych morderców, uciemiężonych nastolatków, rozgoryczonych matek lub osób (nie)zwyczajnie skrzywdzonych przez los, udowadniając tym samym, że w Japonii jednak nie wszystko jest takie kawaii1 i że całkiem łatwo udławić się cukierkiem zapakowanym w kolorowy papierek, który na dodatek jest gorzki i wcale niesmaczny.

I’m not crazy. My reality is just different from yours.

Konotacje z Carrollowską Krainą Czarów odnoszą się do środowisk, które Nakashima kreuje w swoich filmowych makabreskach, często doprowadzając do przejaskrawienia świata przedstawionego obfitującego w elementy zhiperbolizowanej japońskiej popkultury. W rezultacie stajemy się świadkami wielkiego audiowizualnego widowiska, które wykorzystuje zdolności percepcyjne widzów do granic możliwości, czyniąc ich jednocześnie zamierzonym elementem owego potężnego filmowego chaosu. Ikonografia Japończyka to słodko gorzki koktajl symboliczny, nieraz przyprawiający o mdłości. Filmy Nakashimy są pełne wydarzeń w pewnym sensie tak nieprawdopodobnych, że aż magicznych – jednak w znaczeniu stricte pejoratywnym. Paradoksalnie jednak, środowiska przedstawiane w jego filmach nie są oderwane od rzeczywistości, a ujawniają brutalną prawdę o Japonii, w której książkowa Alicja doświadczyłaby na własnej skórze, czym jest prawdziwe szaleństwo. Owe madness Nakashima łączy najczęściej – niestety – z potwornością uczynków, których dopuszczają się ludzie w głębokiej rozpaczy.

W pozornie poukładanym japońskim narodzie – powściągliwym w wyrażaniu własnych emocji, nawet w kręgach rodzinnych – tkwi osobliwa i dzika namiętność, która często przeradza się w frustrację nacechowaną paranoją, podczas której łatwo o postradanie zmysłów, czego skutki bywają tragiczne. Nie dziwi więc fakt, że wiele przerażających przestępstw, o których usłyszał świat, miało miejsce właśnie w Japonii – kraju o bogato rozwiniętej technologii, która zamiast pomagać, degraduje współczesnych Japończyków, zamyka ich w małych pokojach, izoluje od świata, czyni wyobcowanymi, wpędza w pustkę i wyniszcza egzystencjalnie.

W czasach, kiedy Zachód łaknie życia „po japońsku” i biega do księgarni po książki z kolorowymi okładkami, które pomagają odkryć japońskie ikigami, czyli sekret „długiego i szczęśliwego życia” – „lektura” filmów Nakashimy stanowi terapię niemal wstrząsową, która pozwala przejrzeć na oczy i zobaczyć, co tak naprawdę wyprawia się w Kraju Kwitnącej Wiśni, w której przetrwanie każdego dnia kojarzy się z przejściem przez dantejskie piekło.

I’m afraid I can’t explain myself, sir. Because I am not myself, you see?

Część najmocniejszych filmów Nakashimy poświęcona jest tajemnicom „wieku niewinności” japońskich nastolatków. Autor porusza w nich kwestie związane m.in. z nieudolnością japońskiego systemu szkolnictwa, w strukturach którego na dobre zagościł element ijime, czyli powszechnego znęcania się nad słabszymi, które nierzadko przybiera formy ekstremalne – takie jak bicie, wyłudzanie pieniędzy czy molestowanie seksualne. Zdegradowana moralność młodocianych bohaterów Nakashimy często zmusza do refleksji nad tym, z jakiego powodu młody człowiek może być aż tak zdeprawowany oraz gdzie kończy się granica jego wytrzymałości psychicznej względem ran, których przybywa mu zarówno na ciele, jak i umyśle. Nakashima jednak nie daje młodym taryfy ulgowej – staje w jawnej opozycji przeciwko prawu chroniącemu małoletnich przed konsekwencjami ich własnych przestępstw i jasno komunikuje, że bez względu na wiek, zbrodnia zasługuje na karę.

Psychiczną degradację bohaterów kina Nakashimy podkreśla w sposób znakomity jego wysmakowana estetyka wizualna, która otumania widzów równie skutecznie jak ciężkie narkotyki. W jego filmach odnajdujemy wszystkie możliwe konwencje gatunkowe, począwszy od tanecznych musicali czy tragikomedii, a skończywszy na psychodelicznych horrorach, które w połączeniu z japońskim kiczem stanowią nie lada wyzwanie percepcyjne. Sytuację na ekranie ponadto zakłócają wtręty animacyjne, à la japońskie anime, a także kadry stylizowane na niezwykle popularne w Japonii programy typu talkshows, obfite w tandetne pseudoartystyczne występy ociekające brokatem i wrzeszczące fałszem.

Elementy charakterystyczne filmów Nakashimy to niewątpliwie quasi stroboskopowy montaż nadający teledyskowy charakter poszczególnym sekwencjom, liczne split screeny, a także barokowy przepych mise-en-scène, zwykle podporządkowany palecie bardzo silnych i intensywnych kolorów, oraz elementy wysmakowanego, lecz raczej wyłącznie krwistego gore, dzięki którym sceny zbrodni wyglądają jak „małe dzieła sztuki” skąpane w blasku czerwieni. Nakashima będąc niezwykle wyczulonym na barwę, potrafi w perfekcyjny sposób oddać szaleństwo swoich bohaterów, zarówno poprzez płomienną czerwień, jak i chłodny błękit. Nie świadczy to wcale o niekonsekwencji stylistycznej, lecz o niezwykłym dynamizmie formy, którą Japończyk kształtuje w swoich dziełach, i które, choć tak charakterystyczne dla niego, stanowią paradoksalnie zupełnie niezależne od siebie uniwersa estetyczne. Podczas portretowania swoich bohaterów reżyser stosuje także szerokokątne obiektywy, które zaburzając proporcje ludzkich twarzy, w sposób szczególny podkreślają wyjście postaci poza nawias normalności.

It is better to be feared than loved.

Tetsuya Nakashima to bez wątpienia reżyser – synesteta, który poprzez mocne przestylizowanie swoich filmów, skłania widzów do niemal niemożliwego: „usłyszenia kolorów i zobaczenia dźwięków”, które determinują ekstremalnie feeryczne historie. Próby eksponowania na taśmie narodowych frustracji skutkują u Nakashimy wywołaniem na ekranie zwariowanego nonkonformizmu – postawy sprzeciwu wobec świata i najbliższego otoczenia, która stanowi credo wszystkich postaci powstałych w wyobraźni japońskiego reżysera. Począwszy od kultowego „Kamikaze girls” („Shimotsuma monogatari”, 2004), w którym młodociana przedstawicielka subkultury słodkich lolit buntuje się wobec banalnej wiejskiej społeczności, tworząc swój magicznie hermetyczny świat, by wygrać z wyobcowaniem, poprzez główną bohaterkę „Żywotu Matsuko” („Kiraware Matsuko no isshō”, 2006), kobietę próbującą przepracować traumę z dzieciństwa, angażując się w toksyczne i nieudane związki, a które w rezultacie doprowadzają do jej śmierci, jak i poprzez bezwzględną nauczycielkę, pragnącą zemścić się na uczniach, którzy zabili jej córkę w „Wyznaniach” („Kokuhaku”, 2010), oraz przez pozornie nieszkodliwą uczennicę Kanako w „Kawaki” (2014) – zmysłową mścicielkę i mrożącą w krew żyłach siedemnastoletnią intrygantkę, pociągającą za sznurki w półświatku yakuzy – Nakashima podkreśla wszechobecne i fundamentalne zło, które spaja jego opowieści o karykaturalnie spaczonych ludzkich pragnieniach i uniesieniach, tworząc swoiste kino eksploatacji oraz biorąc na warsztat to, co w ludziach najpodlejsze, nieskończenie brudne, skrajnie prymitywne i ociekające krwią.

Kino tego ekstrawaganckiego Japończyka to apoteoza nihilizmu stojącego w opozycji do silnej motywacji bohaterów, którzy pomimo trudności pragną odnaleźć sens swojej egzystencji. Ich działania są jednak przysłowiową „walką z wiatrakami”. Nakashima dopuszcza się w swoich filmach totalnego przewartościowania naszej moralności i nadaje nowe znaczenia narracjom, które powinny przynosić ulgę – ostatecznie jednak z katharsis nie mają one zupełnie nic wspólnego. Rozpaczliwe poszukiwanie Wonderlandu, który być może ukoiłoby tragicznie skrzywdzonych bohaterów, za każdym razem kończy się fiaskiem i klęską totalną. Artysta niczym wszechwiedzący, lecz nieudolny doktor, wydaje ostateczną diagnozę, stwierdzając bynajmniej nie ku pokrzepieniu serc: We are all mad here.2

1 z jęz. japońskiego słodkie

2 Wszystkie cytaty rozpoczynające poszczególne akapity pochodzą z książki „Alicja w Krainie Czarów” autorstwa Lewisa Carrolla

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *