„Vlažnost” (2016), reż. Nikola Ljuca

Oglądanie filmów na festiwalach jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi” – powiedziałby zapewne Forrest Gump, gdyby zdarzyło mu się trafić na jakąkolwiek imprezę filmową w Cannes, Wenecji, czy też Berlinie. Właśnie w tym ostatnim miejscu w 2016 roku zupełnie przypadkowo napotkałem utwór o nic niemówiącym mi tytule – „Vlažnost”.

Od pierwszych minut zorientowałem się, że oglądam niezły thriller o krytycznym spojrzeniu na współczesną serbską rzeczywistość neokapitalizmu, którego reguły są określane przez korupcję i liczne przestępstwa. Zaraz potem pomyślałem – „kurczę, to jest coś więcej niż niezły thriller i na pewno zrobi wokół siebie dużo szumu”. Tak się niestety nie stało, bo większość filmów festiwalowych jest rzeczywiście jak czekoladki, których próbujemy raz w życiu za granicą, by po powrocie do domu już nigdy nie mieć okazji ich ponownie skosztować.

O tym, że „Vlažnost” jest dziełem chociażby dobrym, świadczy już sam fakt, że z łatwością jestem w stanie przypomnieć sobie fabułę filmu. Petar jest bowiem bogatym biznesmenem z nienagannymi manierami i zawsze skrojonym na miarę garniturem, ale nieunikającym weekendowego szaleństwa serbskiego establishmentu. Jego ułożone i eleganckie życie zaczyna stopniowo się burzyć, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach znika jego żona – Mina. Niby wszystko gra, wciąż nocą imprezuje, a za dnia zarabia pieniądze, wdając się przy okazji w niewinny romans, ale ta nowobogacka iluzja szczęścia zaczyna pryskać z każdym kolejnym dniem spędzonym w samotności w świecie, w którym pieniądze zastąpiły uczucia, a przygodny seks jakiekolwiek relacje. „Przygoda” jest zresztą słowem kluczem w filmie Ljucy, który wyraźnie odwołuje się do dzieła Antonioniego, z tą różnicą, że tam gdzie Włoch mówił o egzystencjalnym bezsensie i emocjonalnej atrofii, to  Ljuca zgłębia socjologiczną przyczynę zastanej sytuacji. Obwinia on za nią całe społeczeństwo współczesnej Europy, które zostało do reszty zglobalizowane. Innymi słowy, homogenizacja kultury staje się konsumpcyjnym więzieniem dla poszczególnych jednostkek. Film, narzucając niezłe tempo akcji, raczej wykrzykuje wprost to, co Antonioni wyłącznie sugestywnie wyszeptał w swoim wyburczanym w Cannes filmie.

To też pozwala mi mieć choć odrobinę, raczej złudnej, nadziei, że „Vlažnost”, mający zaledwie trzy głosy na filmwebie, doczeka się ponownego odkrycia. Raczej nie zrewolucjonizuje kina, tak jak przełomowe dzieło włoskiego autora, ale na pewno zasługuje na większą widownie. Mówiąc najkrócej, „Vlažnost” ze swoją refleksją i intensywnością przypomina „Przygodę” wyreżyserowaną przez Davida Finchera. Lepszej rekomendacji już nie wymyślę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *